poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Lucille - soczyście wiśniowy kardigan

Lucille jest moim nowym swetrem. Wyczekanym i dopieszczonym do ostatniego oczka. Pewnego dnia zwyczajnie coś mnie tknęło i pomysł spadł na mnie z nieba. Tak po prostu. Zdarza się, trzeba skorzystać. Przyznam się, że minęło już tyle czasu, że nie jestem w stanie powiedzieć kiedy, co i jak. Pozacierały się granice między jawą a snem i nie wiem czy o dzieło moich rąk, czy jednak magicznie to coś zmaterializowało się w mojej szafie. 
Pod koniec zeszłego roku, jakoś w okolicach mroźnego października albo jeszcze wcześniej zobaczyłam w myślach dokładnie 'ten' sweter. Lubię czasem skrajnie warkoczowe szaleństwa, ale niejednokrotnie mam ochotę na coś w zupełnie innym stylu. Szczególnie na wiosnę. Do nowoczesności chyba mi całkiem daleko, ale uwielbiam łączyć różne style. I taka też jest moja Lucille. Delikatna, nieprzekombinowana, ale z pewnymi dodatkami. 
 
 
Myślę, że kto już zdążył poznać moje projekty, nie miałby najmniejszego problemu z przyporządkowaniem go do mnie bez żadnej podpowiedzi. Udawane, małe niby-warkoczyki i tekstury to coś co uwielbiam. Dodajmy do tego odrobinę ściegu francuskiego, zakończmy i-cordem i jest pięknie.
Nie przepadam jak zbyt dużo dzieje się jednocześnie na dzianinie, ale też nie marzy mi się dzierganie banalnych form minimalistycznych. A tutaj mam wszystkiego tyle ile dokładnie trzeba. Jako, że z założenia miał to być sweterek przejściowy to zrobiłam go lekko dłuższym niż zwykle. Pasuje idealnie.
 
Dodałam też moje ukochane 'open-front' czyli tzw. otwarty przód, zero guzików, zero wkładania przez głowę. Cudownie! Łącząc z plisą otulającą kark, dzierganą potem jednocześnie z resztą swetra jest po prostu wspaniale. Czyż nie?
Te przepiękne, żywe i soczyste barwy to dzieło Agnieszki z magicloop. Miałam przeogromne szczęście ponownie współpracować z tą zdolną kobietą. Tym razem swoje wdzianko utkałam z włóczki "kaszmirLOVE" w odcieniu "Sorbet Wiśniowy". Kolor robi wrażenie, a miękkość kaszmiru i puchatość samej włóczki sprawia, że nie mogę przestać się zachwycać tymi oczkami, fakturą za każdym razem jak mam sweter na sobie. Przepadłam i już. A jakie to mięciuchne!
 
To była moja pierwsza przygoda z tym luksusowym włóknem, więc tym bardziej sam projekt i cały proces miał dla mnie większe znaczenie i dodał tego czegoś, jakiegoś dreszczyku emocji. Teraz doskonale wiem, że to nie ostatnia 'taka' włóczka, która u mnie zagości. Na drutach już kolejne kaszmirki!

Z testowaniem niestety sprawa miała się zupełnie inaczej. Tutaj wzór, tu felerne zdjęcia. Potem tygodnie mijały, czas uciekał, a najgorsze niespodzianki wychodziły równo tydzień przed końcem terminu. Posypały mi się testerki tego samego rozmiaru, co sprawiło, że Lusia była sprawdzona tylko w kilku wersjach... wzór musiał więc przejść przez ten proces dwa razy... ale mam nadzieję, że było warto. Teraz bogatsza w te nieprzyjemne doświadczenia i dodatkowe stresy, wiem, że czegoś muszę się z tego nauczyć. Powinno wyjść tylko na lepsze.

Ogromne podziękowania ślę do moich wytrwałych i pomocnych testerek, bez których wydawanie wzorów nie miałoby sensu. Dzięki nim bez stresu mogę podzielić się z Wami przepisem na "Lucille". A ile przepięknych wersji powstało, ah. Każda tak inna ale wyjątkowa. To niesamowite uczucie oglądać jak różne osoby mogą zinterpretować jeden wzór. I to w dodatku mój. Duma i radość mnie rozpiera. Od dzisiaj możecie nabyć go tutaj (w wersji ang.) - klik.

Niemniej jednak teraz tylko się cieszę z mojego nowego cuda, które wreszcie śmiało mogę nosić i się nim chwalić. Przetestowałam go na spotkaniach i w pracy i przyznam, że za ten kolor zbieram same komplementy. Na każdy odpowiadam "wiem, dziękuję. Sama zrobiłam, nauczyć Cię?", hihi. Może kogoś zaproszę na naszą szaloną, włóczkową stronę? Kto wie?

Tymczasem do miłego!
A.

piątek, 24 marca 2017

Moja historia pięknej (i) bestii.

Ostatnimi czasy w sieci krąży pewna chusta - piękna i bestia w jednym. Magicznie przenikająca się kolorami, niebanalna, mimo swojej prostoty bardzo ciekawa. Ma to coś co sprawia, że z każdym dniem przybywa jej serduszek i nowych wykonań. Ale ma też drugą, potworną stronę - jest wielka. Pewnie większość z Was już wie, że mam na myśli Find Your Fade od Adrei Mowry.
Ja wielkie chusty kocham. Ale takie 2.5 m dzianiny to już podpada pod koc. Z początku tylko się zachwycałam, szczególnie tym okładkowym egzemplarzem. Mimo wszystko nie przyszło mi na myśl aby się z nią zmierzyć. Miałam trochę dość po klapie ze swetrem "Buckley" (plisa układa się tak, że wyglądam jak meduza...). Aż do pewnego dnia kiedy przeglądając moje zawładnięte przez róż zapasy dostrzegłam kilka samotnych motków w tym moje piekne trio z Drutozlotu. 
   
Wyciągałam je kolejno układając obok siebie i nagle mnie olśniło. Pomarańcze, zielenie: żywe, chłodne, stonowane, cieniowane aż po te mroczne. Złączyły się w przecudownie wiosenny gradient. Do tego miałam ich akurat 7, czyli tyle ile potrzeba do chusty. Jak to mówią: "przypadek? nie sądzę!".


Zakupiłam wzór, wybrałam druty i zaczęłam swoją przygodę, przez którą wracam do zieleni.

Wyszła cudownie. Te 1.5 km włóczki magicznie zamieniałam oczko po oczku w wielki, wiosennie kolorowy szal. Przyznam szczerze, że będąc jakoś w okolicach 4/5 koloru nie byłam do końca przekonana do tego co wychodziło, ale przy 6 zupełnie zmieniłam zdanie. Tym bardziej, że dosłownie mogłam przykryć nim całe nogi i dziergać jednocześnie. Przyjemne z pożytecznym. :)
 
Gdyby już teraz kogoś ciekawiły kolory i włóczki to są tu - klik. W przyszłości liczę na normalne, porządne zdjęcia na 'ludziu'.
Blokowanie to zło konieczne, więc odwlekam je jak tylko mogę. Muszę znaleźć jakieś ok 3 m wolnej i niedostępnej kotom powierzchni. Ale szpilek wbijać nie będę, co to to nie!

* zdjęcia nie wiem kiedy. W weekendy było ciągle zimno i ciemno - a jak ładnie to fotograf wybywa. I tyle...
W międzyczasie skończyłam jeszcze brioszkową "Ramble", 4 kwadraciki do kociej poduszki (początkowo planowany koc robiłabym z 10 lat, więc koncepcja się zmieniła) ... i dopadł mnie kryzys twórczy. Ale wiosna teoretycznie już u nas, więc chyba jego koniec coraz bliżej.

[ps. czy Wy też widzicie takie mikre literki? na edytorze mam normalne, a po załadowaniu się kurczą... jak to naprawić? ;(]

czwartek, 2 lutego 2017

Kolorowa terapia

Halo, halo, tu znowu ja :) Przyleciałam Wam powiedzieć co się u mnie dzieje. Tyle mnie tu nie było...
Zdecydowanie wszelkie morale dziewiarskie i jakiekolwiek inne padły mi niemalże do zera. Zima i już. Wiecznie zimno, wiecznie ciemno i ponuro. Ja powinnam zapadać w sen zimowy jak Muminki. W międzyczasie trochę się wydarzyło - przeniosłam się o kilka ulic dalej i do tego zostałam sfinksową mamusią. Marzeń realnych do spełnienia miałam bardzo mało (raczej jestem pesymistką), ale to jedno się w końcu udało. Od ponad miesiąca jest ze mną mały koci przybysz rodem z kosmosu, taki zmieszany Voldemort ze Stworkiem i Gollumem jednocześnie. Kocham i już.

Cały ten ostatni czas wysysa mi energię i chęci niczym zimny dementor, ale ja się staram i się nie daje. Walczę kolorami! Jeszcze dawno w zeszłym roku wpadła mi myśl na zużycie zalegającej włóczki Dream in Color "Calm". Ilość w sam raz na sweter, pomysłu własnego brak, ale od czego jest kopalnia Ravelry. Padło na kardigan "Buckley" - co tam, że włóczka innej grubości, damy radę. 
 
Dziergało mi się naprawdę cudownie, całkiem szybko przyrastało i cieszyło oczy. Aż do rękawów, które robiłam do połowy z 5 razy, ale wygrałam. Potem padło na plisę, taką mocno mięsistą, przy której co rządek dumałam czy wystarczy włóczki. Teraz zostało tylko schowanie nitek i blokowanie. Wreszcie.
 
Kolor jest tak bardzo nie mój, że aż. Niebieskiego ogólnie nie lubię, poza właśnie takim żarówiastym kobaltem. Ale mam tutaj też trochę fioletu i brązów, więc czuję się usprawiedliwiona. Jak pomyślę, że mam z głowy 5 motków z zapasów to już robi mi się lepiej.

Jakoś chyba w środku stycznia udało mi się też skończyć boską chustę "Ramble" (autor Andrea Mowry). Do noszenia jeszcze sporo czasu minie, bo z racji wiecznej zmarzliny noszę tylko Ashby jakoś do marca/kwietnia, ale nie mogę się doczekać. Brioszka nigdy mnie nie pociągała, szczerze mówiąc nawet wręcz odwrotnie, ale jak zobaczyłam ten wzór to przepadłam i koniec. Do tego wspaniała Marta z Zagrody rozumie dziewiarkę w bardzo nagłej potrzebie (włóczkowe pogotowie działa!) i dzięki niej mogłam zacząć już w pociągu na Śląsk gdzie w listopadzie wpadliśmy na kilka dni na rodzinne uroczystości. 
Brak internetu, tutoriali, kogokolwiek do pomocy... tylko ja i wzór. I wiecie co? Banał... poważnie. Nigdy na oczy wcześniej nie widziałam jak się to dzierga, pojęcia nie miałam zielonego. Ja nie jestem z tych co zaczynają od najprostszych na początek. Nie lubię i już. Po co mam dziergać byle co dla samej nauki. Co tam, że brioszka, że dwa kolory, że jakieś dodatkowe wzory. Ja muszę się zakochać i wskoczyć na głęboką wodę. I nie żałuję. Wzór jest rozpisany genialnie. Miałam tylko mały error, jak się zapatrzyłam i oczka mi pospadały, tak, że musiałam to rozgryźć i naprawić.
Piękna, co nie?

Teraz obydwie robótki czekają na blokowanie. Nie wiem tylko kiedy i jak. Miejsca na suszenie mam tylko na panelach, więc ręczniki odpadają. Poszukuję więc dobrych, piankowych puzzli w cenie lepszej niż maty z KnitPro - jeśli macie namiary będę bardziej niż wdzięczna. :)

Mam nadzieję, że taki wymuszony detoks od projektowania wyjdzie mi na dobre. Czasem tak trzeba. Powoli testuje się zaległy wiśniowy sweterek, trzymajcie kciuki!

A tymczasem pracuję zawzięcie nad kolejną chustą od tej samej projektantki - ogarnął mnie szał "Find your fade". Ale o tym już innym razem.

Do następnego!

czwartek, 24 listopada 2016

Uśmiechnij się!

Dawno mnie tu nie było. Cóż. Trafił się akurat taki czas, ale nie ma co rozpaczać, bo mam nową czapkę. A co tam. Musztardowe/ miodowe motki mojej ukochanej włóczki jesiennej czy zimowej miałam zachomikowane od zeszłego roku. Miały być cudownym swetrem. Tylko jakoś ilość pozwalałaby na coś w rozmiarze niekoniecznie dobrze ogrzewającym. Słowem posiadałam całe 6 motków Peruviana od Filcolany. Za mało. Dokupić tego cuda już dawno nie idzie (z zagranicznych stron nadal mam obawy zamawiać). Pozostało mi więc zmienić swoją koncepcję. Zapragnęłam nowej, specjalnej i wyjątkowej czapki. Robiło się coraz zimniej i ciemniej, a co za tym idzie przyszło mi zapotrzebowanie na coś ciepłego i koniecznie w wesołym kolorze. Miodowa czapa z podwójnym ściągaczem to jest to! Do tego mega czerwony pompon w całkiem słusznym rozmiarze. Nie mogłam wybrać innego do mojej najcudowniejszej na świecie chusty. Noszę ją nieustannie od kiedy zeszła z drutów jakieś dwa lata temu. Za każdym jednym razem kiedy wychodzę z domu a temperatura spada poniżej 15 st, opatulam się w moją krwistoczerwoną Ashby. I tak całe 4-6 miesięcy na rok. ^^ Ciekawe czy kiedykolwiek mi się znudzi.
Czapka też musiała być tak wspaniała. Czyli obowiązkowo warkocze, plecionki i łańcuszki. A jakby dodać tekstury? Cudo! Tym oto sposobem dorobiłam się mojej najnowszej, czadowej czapki.
Wiem, wiem, może mało skromnie, ale zakochałam się w niej bez pamięci. Jest tak bardzo w moim stylu, że chyba bardziej być nie może.

Chwalę się moją wersją "Autumn Smile".
Niech zdjęcia mówią same za siebie, bo tak zachwalać włóczkę, kolory i ściegi mogłabym bez końca.
Moja wersja obowiązkowo musi być dłuższa. Takich zwykłych czapek raczej nie noszę, bo nie miałabym w co upchać 'cebuli' [czyt. koka z włosów] - rozpuszczone tylko do zdjęć, nie chciałabym straszyć widokiem a' la Stożkogłowi. Każdą czapkę mam więc w stylu Smerfetki. Ale w opisie jest wszystko pięknie, ładnie, tak, aby można było dostosować długość pod swoje preferencje.
Podwójny brzeg jest idealny. Nie ma co prawda jeszcze (!) strasznego mrozu, ale na obecne temperatury sprawdza się znakomicie.
No patrzcie tylko jakie to mięciuchne. Nic tylko ściskać. Jestem oczarowana tym jak przepięknie podkreślone są te wszystkie ściegi, każde oczko z osobna. Cały wzór wydaje się być wręcz trójwymiarowy. Chociaż... jak tak zerkam na te łańcuszkowe kółeczka to pokusiłabym się nawet o 4D, hihi.
 
 Na koniec takie późno jesienne zdjęcie, z ostatnim jabłuszkiem w tle.
Z tej radości spisałam wzór, który znajduje się w moim sklepiku na ravelry. Póki co opis dostępny jest w języku angielskim, ale rozpisany jest bardzo przejrzyście i oczywiście posiada schemat.

Ja jak widać jestem ogromnie zadowolona z mojej antydepresyjnej czapy. Już nie tak potwornie straszny jest mi ten mróz, szaruga i wiatr. Żółta czapa, czerwoniasty pompon i robi się zdecydowanie przyjemniej i bardziej kolorowo w tym szaro-czarnym tłumie w tym betonowym mieście.


A Wam jak się podoba?

sobota, 15 października 2016

Pangur Bán - kot Białofilc w formie swetra

Kolejny post, który śmiało mogę zacząć baśniowymi słowami "Dawno, dawno temu...". Serio. Gdzieś pod koniec zeszłego roku zabrałam się za dzierganie bardzo puchatego swetra. Spędziłam z nim kilka długich tygodni, które przerodziły się w końcu w chyba 2-3 miesiące. Kawał czasu. Mimo to z samego procesu pamiętam tylko okres świąteczny kiedy oglądałam bez przerwy wszystkie części "Hobbita". Coś pięknego. :)
A potem przyszedł czas na "Sekrety Morza", które przypomniały mi o przewspaniałym i cudownym filmie "Sekret Księgi z Kells". I z tymi wspomnieniami przerabiałam z miłością każde z puchatych oczek. Sweter rósł powoli, bo co chwilę musiałam koniecznie się w niego już wtulić i wygłaskać. Tak obłędnie miękkiej i puchatej włóczki nigdy nie miałam wcześniej w rękach. I po roku nadal jest moim miziastym numerem 1.
Puchacz czekał na zdjęcia prawie rok, bo kończyłam go chyba jakoś w lutym... tak się stało i już. Życie. Ale nic w przyrodzie nie ginie, więc mogę się pochwalić moim najbardziej przytulnym i ukochanym swetrem, który otrzymał piękne imię po jednym z bohaterów ostatniego ze wspomnianych filmów - Pangur Bán.
 
Sweter jest taki jakie lubię najmocniej - oversize z otwartymi przodami. W sumie mogę podciągnąć go pod wersję guzikową, ale te służą bardziej ozdobie i ewentualnej wersji bardziej wygodnej.
Guziki musiały być jak najbardziej neutralne i oczywiście drewniane. Muszę przyznać, że ogromnie trudno było mi znaleźć najzwyklejsze, bez udziwnień, bez dodatkowych kolorów i lakieru. Zakupiłam nawet specjalne, ręcznie robione z gałązek, ale włóczka zweryfikowała moje plany i niestety mimo małego rozmiaru same guziki były za ciężkie do tego swetra.
Ale za to mam przepiękną i dwustronną plisę, która jest chyba największą ozdobą całego wdzianka. Dużo tekstury na całkiem słusznej szerokości robi swoje. Do tego przepiękny i-cord na brzegu jest kolejnym niby malutkim elementem dodającym kolejnego efektu wow.
Wykończenie również musi być śliczne, ciekawe i proste, dlatego ściągacz zapobiegający zwijaniu został specjalnie zamknięty inaczej niż zwykle, a to moim zdaniem wygląda ślicznie. Rękawy wydziergałam dłuższe, aby naprawdę można było się w puchaczu schować i zniknąć.
 
 
Plisa będąca jednocześnie całkiem sporym kołnierzem została zrobiona tak, aby można było ją wywinąć. To daje swetrowi trochę innego charakteru i ciekawego efektu, bo przy zapiętych guzikach jednocześnie oglądamy obydwie jej strony - tak różne od siebie, a mimo to uzupełniające się wzajemnie.
 
Kolor jest pastelowy, delikatny i w sam raz. Wbrew temu iż "Pangur Bán" jest kotem Białofilcem w białym raczej nie jest mi do twarzy, więc wybór padł na ten opisywany jako "szaro-zielony".
 
Sama włóczka to tzw. cud, miód i orzeszki. Poważnie. To Drops Brushed Alpaca Silk dziergana razem z Drops Lace. Połączenie idealne. Puszkowa alpaka otula jak nic innego, a całkiem spory dodatek jedwabiu nadaje włóczce połysku i sprawia, że robótka jest bardziej luksusowa. Jakby tego było mało to wybrane przeze mnie kolory są identyczne i nawet nie idzie rozpoznać gdzie jest jedna i druga nitka. W dodatku z ręką na sercu wyznaję, że nie gryzie mnie nic a nic. Z powodzeniem mogę nosić sweter na gołe ciało (gdyby oczywiście był to pulower, hihi... ale po cichu powiem, że w samotności testowałam i obecną wersję...^^ ) i nie czuję nic innego niż ciepłej i miękkiej chmury. A wrażliwa na gryzienie jestem i to bardzo. Jedyny minus jaki mogłabym znaleźć to mała ilość kolorów, ale coś za coś.

Ja w moim Pangur Banie jestem zakochana i to chyba z wzajemnością, bo spędza on ze mną naprawdę dużo czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że w nim mieszkam. Od dawna planuję spisać na niego wzór, ale ja swoje a życie swoje. Liczę, że jednak sobie trochę odpuści i da mi wreszcie siłę i czas, abym mogła to zrobić.

Was pozdrawiam cieplutko, puchato i namawiam do nadrobienia wspomnianych filmów, jeśli jeszcze nie mieliście przyjemności ich zobaczyć. :)

sobota, 10 września 2016

Wolf Woods

"Wolf Woods" czyli mój najnowszy szal. Tak, kolejna chusta. Cóż począć. Uzależnienie i już. Od dziergania i od noszenia. Jestem stracona! Ale dobrze mi z tym. :)
To dzieło zawdzięczam Magdalenie Wolff (dawniej z rava znanej jako Wolffowna), która nawiązując ze mną współpracę dała mi ogromną szansę i obdarzyła zaufaniem. Jest to nasza wspólna praca - w sumie ja tu tylko dziergam i opisuję. Większość efektu dają te cudowne barwy, które uwarzyła w swoim magicznym garze. Miałam ochotę na coś szmaragdowo-zielonego, z odrobiną turkusu. Chyba nie mogło być już lepiej. Resztę zostawiłam jej, bo przyznam się, że chyba nie mam jakiegoś daru do wybierania połączeń. W zupełnym przeciwieństwie do Magdy. Ona ma to coś i zawsze wybierze nieoczywiste motki, które obok siebie tworzą efekt 'wow'. Dostałam więc swoje składniki do tego eliksiru - ręcznie farbowaną przez nią włóczkę WolffUndSchafe na bazie Sigmund - bazowy kolor "Juniper Smoke" jest magiczny, ani za szary, ni za fioletowy. Tak ciężki do opisania i sfotografowania, ze nie zostaje nic innego jak uwierzyć na słowo. Z "Toadstool's Fantasy" (co za boska nazwa! tak, to ten mój wydumany kolorek zachciewajka) jest troszkę łatwiej, bo nawet udało nam się pokazać kilka miejsc gdzie pojedyncze oczka mienią się niczym świetliki. To jest coś.
Po przejrzeniu swojej szafy uznałam, że brakuje mi półokrągłej chusty. Jedyną słusznych rozmiarów [Celtic Myths] przecież robiłam dla Mamy, to nie zostało mi nic innego jak wydumać coś dla siebie. Musi być las, liście i spora porcja zieleni.

I tak oto powstało właśnie "Wolf Woods". 
Z tęsknoty za dziką naturą, wiecznie żyjącym i tajemniczym lasem. 
Ze wspomnień górskiej wędrówki i z marzeń o życiu wśród drzew i zwierząt.
   Wszystko jest od początku do końca przemyślane. Strumień myśli i bam! Skoro "Wolff" - no to wilki, czyli księżyc i szarości. Skoro ja - no to koniecznie ażur/warkocze a najlepiej wszystko w jednym.
 
 
Chusta w kształcie półksiężyca (jeszcze drugi taki i będzie jak pełnia, do której wyją wilki), bardzo prosta, ale nie nudna część główna. Do tego mocno liściasty border upiększony o tak uwielbiane przeze mnie łańcuszki z przeciągniętych oczek. Kawałek udawanego warkocza i mnóstwo ząbków.
 
 
Prawie jak pikotki i prawie jak warkocze - czyli jedne z ciekawszych elementów tej wilczo-leśnej chusty.
 
 Koniecznie z paprotką! (nic nie urwałam, specjalnie szukałam takiej już leżącej)
 Zbliżenie na detale, bo te kolory i żywe odcienie trzeba zobaczyć koniecznie.
 
 
I na koniec moje ukochane zdjęcie...
 
Tutaj chciałam ogromnie ponownie podziękować testerkom, bez których nie wiem jak (i czy w ogóle) bym sobie poradziła . I oczywiście wspomnianej już zdolnej pani M. za możliwość wspólnego tworzenia kolejnych leśnych dzieł i za cudowną nazwę dla szala.

Gdyby ktoś miał ochotę na swoją wersję wilczej chusty to serdecznie zapraszam tutaj. Podpatrzcie przy okazji jakie piękne projekty wyczarowały testerki - tyle kolorów, najróżniejszych połączeń zarówno włóczek jak i barw dały niesamowite efekty i zupełnie różne charaktery.


Przez te rdzawe liście zaczynam myśleć już o jesieni... 
chyba czas zabrać się za swetry.